Idziemy na plażę
Zima
nie odpuszcza, więc my jej na przekór przenosimy się dzisiaj na jedną z
największych plaż Karaibów. Mowa oczywiście o Varadero (Kuba). Jak wiecie, a
jeśli nie wiecie, to już wiecie, że nie przepadamy za plażowaniem, a pomimo
tego pobyt w Varadero sprawił nam naprawdę dużo przyjemności. Tyle, że
postanowiliśmy przedłużyć pobyt w nim o kolejny dzień.
Jeśli
chodzi o miasteczko, jest ono dość rozległe, umiejscowione wzdłuż plaży,
podzielone na strefę hotelową (Hotel Zone) i tę dla miejscowych. Większość biur
podróży zabiera wczasowiczów do strefy hotelowej, my byliśmy w tej dla
miejscowych. Domyślamy się, że w pierwszej z nich jest więcej atrakcji,
restauracji i klubów, ale z drugiej strony pewnie też większy tłum na plaży i
kto wie, może nawet ktoś zmuszony jest biec o 6 z parawanem w środku
sezonu. Strefa zamieszkana przez miejscowych jest spokojna, wieczorami otwarte
są raczej małe, klimatyczne knajpki, niż głośne kluby, ale nie brakuje w niej
też zaplecza turystycznego. Wśród tych, którzy podróżują po Kubie na własną
rękę, bardzo popularne jest nocowanie w casa
particulares, a więc właśnie u miejscowych, w związku z czym w ich części
miasteczka też znajdziecie wielki namiot-bazar z pamiątkami, bank z kantorem,
sklepy spożywcze. W naszym bezpośrednim sąsiedztwie znajdował się też jeden
dość duży hotel, w którym stacjonowała duża rosyjska i mała polska
wycieczka. W knajpce, do której poszliśmy na kolację z okazji naszej pierwszej
miesięcznicy, towarzyszyli nam praktycznie wyłącznie Francuzi. Jak widać,
strefa dla miejscowych cieszy się dość dużą popularnością wśród turystów. Co
istotne, wzdłuż plaży, oddzielona pasem zieleni i domów, biegnie główna ulica
miasta, po której kursuje autobus. Można nim swobodnie dojechać do Hotel Zone.
Ale
miało być o plaży! Tak, to jest miejsce z piaskiem sypkim jak mąka i wodą turkusowo-zieloną,
a właściwie mającą miliard odcieni w gamie niebieskości i zieleni. W zależności
od pory dnia, wysokości słońca czy liczby obłoków na niebie, można zobaczyć
zupełnie inny jej odcień. Myśleliśmy, że pewien szczyt możliwości, jeśli chodzi
o odcienie wody, widzieliśmy na jednej z greckich wysp, ale nie, tu jednak
szczyt sięgnął jeszcze wyżej. Co prawda bardziej za serce chwyciły nas dwie
meksykańskie plaże na Jukatanie, ale ta w Varadero naprawdę daje radę. Zastanowicie się pewnie czym plaże
w Meksyku mogły pobić największą kubańską i odpowiedź jest bardzo
prosta - meksykańskie plaże są niemal identyczne z tym, co zobaczycie w
kolorowych folderach biur podróży. Są dość wąskie, ale pokryte palmami, co
w połączeniu z jasnym piaskiem i jasnoniebieską wodą, tworzy naprawdę cudowny
obrazek i jeszcze cudowniej jest być jego częścią.
Plaża
w Varadero jest bardzo szeroka, ale nie znajdziecie na niej nawet jednej palmy. Jedyne są w pasie zieleni z tyłu plaży, który jednak stanowi dom dla jaszczurek. Rozłożenie więc ręcznika w przyjemnym cieniu i ucięcie komara przy szumie fal w
tle odpada, chyba że, tak jak my, wykupicie sobie miejscówkę na leżakach pod
parasolem. Wiecie, gen Janusza czasem jest bardzo silny, a tym silniejszy, im
dalej jest się od domu, gdy kusi, żeby jeszcze trzymać przy tym w dłoni
drinka z palemką. Tego ostatniego elementu nam zabrakło, bo pozostaliśmy przy (bardzo
smacznym, polecamy dla odmiany od rumu) kubańskim piwku i wodzie kokosowej.
Still not that bad.
W
temacie dotarcia do Varadero, jeśli nie lecicie czarterem, możecie zrobić to
Viazulem, czyli autobusem (plus minus w stylu Polskiego Busa), który jeździ
pomiędzy większymi ośrodkami miejskimi na Kubie albo tzw. taxi colectivo. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć czym taxi
colectivo są. Uwierzcie nam na słowo, że przejażdżka tym środkiem transportu
pozostawia jedno z najlepszych skojarzeń i wspomnień, jeśli chodzi o Kubę. Jest
głośno, ciasno, wieje, ale przy tym mega. W każdym mieście w okolicach centrum
albo wszelkiego typu dworców znajdziecie panów stojących na chodnikach i
oferujących transport taxi colectivo. Odbywa się to tak, że umawiacie się na
kolejny dzień, podajecie adres swojego hotelu albo casy, a rano (zazwyczaj koło
8) podjeżdża po Was auto, które zbiera umówionych wcześniej pasażerów.
Najczęściej w samochodzie jest pełne obłożenie 8 osób, ale zdarza się, że jest
luźniej. Czy tak, czy tak warto. My podróżowaliśmy i Viazulem, i colectivo, i
ta druga opcja przypadła nam do gustu o wiele bardziej.
Viazul
ma połączenia z Varadero z Hawany, my przyjechaliśmy aż z Trinidadu colectivo.
Możliwości jest naprawdę dużo i jeśli o Kubę chodzi, najlepiej jest wybierać
spośród nich na miejscu i podejmować decyzje spontanicznie. Jeśli myślicie, że spośród rozrywek plażowych wybieraliśmy pomiędzy lepieniem zamków z piasku albo rzucaniem frisbee, jesteście w błędzie. Otóż w pierwszą miesięcznicę naszego ślubu na plaży tuż obok nas odbył się ślub! Parę Młodą tworzyła młodziutka Kubanka Milagros i podstarzały Kanadyjczyk, niestety.
Zachód za to rzeczywiście był piękny.
Komentarze
Prześlij komentarz