Narodowy symbol Kolumbii
Jakie są Wasze pierwsze
skojarzenia z Kolumbią? Pablo Escobar? Shakira? Kawa? Nasze były bardzo podobne,
jednak to skojarzenie z kawą zaprowadziło nas do jednego z najbardziej fascynujących
regionów Kolumbii. Tuż po pierwszym dniu spędzonym w Bogocie ruszyliśmy do
Salento, a dokładniej do brytyjskiego plantatora kawy, mieszkającego w sercu
Zony Cafetery. No dobrze, ale przecież kawa rośnie w Brazylii, Wietnamie i
wielu innych miejscach na świecie. Dlaczego więc to z Kolumbii wróciliśmy tak
zafascynowani?
Przede wszystkim kierując się do
Salento, byliśmy przekonani, że trafimy do wioski z trzema domami na krzyż.
Mniej więcej tak to wyglądało na mapach Google. Gdy znaleźliśmy się na miejscu,
po podróży rozklekotanym i ciasnym autobusem, jadącym z Pereiry, do której
dolecieliśmy samolotem ze stolicy, wytarliśmy już pot z czoła po tym, gdy
wspomniany autobus piął się w górę wąską drogą prowadzącą tuż nad głęboką
doliną, okazało się, że trafiliśmy do przeuroczego miasteczka. Salento nocą
rozbrzmiewało muzyką, tętniło życiem, po ulicach spacerowały setki
Kolumbijczyków, bary wypełnione były przez panów popijających orzeźwiające piwo
i grających w karambola. Okazało się, że miasteczko jest bardzo popularne
wśród miejscowych.
Ale nie Salento i nie plantacji kawy poświęcony będzie dzisiejszy wpis. Z Salento bowiem można dotrzeć do Valle de Cocora, a tam zobaczyć jeden z ważniejszych symboli narodowych Kolumbii – palmy woskowe. Co takiego? Tak, palmy woskowe, to one właśnie są symbolem Kolumbii. Aby je zobaczyć, wstaliśmy wcześnie rano. Salento przywitało nas ciepłymi promieniami słońca, a właścicielka knajpy, gdzie zjedliśmy śniadanie, zagadnęła o nasze plany. „Cocora Valley” – odpowiedzieliśmy. W plecakach pierwszy raz podczas wyjazdu mamy kurtki i zastanawiamy się, czy się przydadzą, ale wszyscy powtarzają – jesteście wysoko w górach (1800-2600 m n.p.m.), więc pogoda bywa zmienna. Wierzymy na słowo, bo na niebie nie widać nawet jednego niegroźnego cumulusa.
Ale nie Salento i nie plantacji kawy poświęcony będzie dzisiejszy wpis. Z Salento bowiem można dotrzeć do Valle de Cocora, a tam zobaczyć jeden z ważniejszych symboli narodowych Kolumbii – palmy woskowe. Co takiego? Tak, palmy woskowe, to one właśnie są symbolem Kolumbii. Aby je zobaczyć, wstaliśmy wcześnie rano. Salento przywitało nas ciepłymi promieniami słońca, a właścicielka knajpy, gdzie zjedliśmy śniadanie, zagadnęła o nasze plany. „Cocora Valley” – odpowiedzieliśmy. W plecakach pierwszy raz podczas wyjazdu mamy kurtki i zastanawiamy się, czy się przydadzą, ale wszyscy powtarzają – jesteście wysoko w górach (1800-2600 m n.p.m.), więc pogoda bywa zmienna. Wierzymy na słowo, bo na niebie nie widać nawet jednego niegroźnego cumulusa.
Wycieczkę rozpoczynamy od półgodzinnej
przejażdżki Willysem, czyli amerykańskim jeepem z lat 50., stanowiącym
podstawowy środek transportu w kolumbijskim regionie kawy. Kiedy w 1945 r.
skończyła się wojna, setki Willysów, pierwotnie wyprodukowanych dla
amerykańskiego wojska, znalazło swoje drugie życie właśnie w Kolumbii. Pojazd
ten jest na tyle uwielbiany, że corocznie w mieście Quindo organizowana
jest nawet parada Willysów.
Dojeżdżamy na miejsce. Dalej
można poruszać się na nogach bądź konno. My mamy czas i ograniczony budżet
– idziemy pieszo. Cel jest jednak dla wszystkich ten sam: palmy woskowe. Po
konsultacji z właścicielką knajpy, idziemy dłuższą trasą - miała być łatwa,
przyjemna, z ładnymi widoczkami i wizytą w hodowli kolibrów. A jak to wyglądało
w rzeczywistości?
Pierwsza część trekkingu, bo tak
tę wycieczkę utarło nam się nazywać, wiodła przez krajobrazy iście bajkowe.
Trawa zielona jak z obrazu, intensywne promienie słoneczne, pasące się krowy
podobne do tych z reklam Milki – to wszystko przeplatane mijającymi nas końmi wiozącymi
tych mniej ambitnych piechurów oraz pojawiającymi się czasami błotnistymi przeprawami
oraz rozklekotanymi mostkami nad rzeką Quindio. Był tylko jeden problem.
Praktycznie nie było palm, do których zmierzaliśmy, a jedynie widoczne
były naprawdę z daleka.
W takich okolicznościach
maszerowaliśmy przez około 1,5-2 godziny. W pełnym słońcu, w dolinie, było
potwornie gorąco, więc gdy weszliśmy w końcu w środek zacienionego lasu, byliśmy
przeszczęśliwi. Tam jednak czekały nas błotniste ścieżki, śliskie kamienie i kłody
rzucone nad potokami, przy części których ktoś założył sznury, umożliwiające
jakąkolwiek asekurację.
Czas umilały nam widoki wodospadów i dzikiej roślinności. Gdy dochodzimy do hodowli kolibrów, jesteśmy dość mocno zmęczeni, ale pojawia się gorszy problem – zaczyna się potężna ulewa. Deszcz przeczekujemy, filmując koliberki i pijąc czekoladę. Uchwycenie ptaków nie jest łatwe, ale i tak musimy się czymś zająć. Deszcz wcale nie ustaje i zaczynamy zastanawiać się czy dalsze czekanie ma jakikolwiek sens. Koło 18 zacznie się ściemniać, a my mamy przed sobą jeszcze drugie tyle trasy. Szczęśliwi zauważamy, że trochę przestało padać, więc ruszamy dalej. Najpierw trochę schodzimy, aby odbić na inną dróżkę i znowu ruszamy pod górę. Tym razem nie po kamieniach, a po śliskich, wystających z gleby konarach. Co jakiś czas nachodzą kolejne fazy intensywnego deszczu, jesteśmy coraz wyżej, wokół nas unosi się mgła, jest parno, wilgotno, a my zmuszeni jesteśmy wspinać się w sztormiakach. Jesteśmy cali przemoczeni, ale nie rezygnujemy. Pojawia się jednak dodatkowa, zła wiadomość, bo cała dolina Cocory, a nie tylko zbocza, spowiły się w mgle. Widoczność na mniej więcej 10 metrów to niezbyt dobry prognostyk pod kątem możliwości podziwiania palm. Niestety sprawdziła się górska prognoza pogody miejscowych. Idziemy cały czas do przodu, choć w panujących warunkach, nie do końca nawet wiedząc gdzie.
Czas umilały nam widoki wodospadów i dzikiej roślinności. Gdy dochodzimy do hodowli kolibrów, jesteśmy dość mocno zmęczeni, ale pojawia się gorszy problem – zaczyna się potężna ulewa. Deszcz przeczekujemy, filmując koliberki i pijąc czekoladę. Uchwycenie ptaków nie jest łatwe, ale i tak musimy się czymś zająć. Deszcz wcale nie ustaje i zaczynamy zastanawiać się czy dalsze czekanie ma jakikolwiek sens. Koło 18 zacznie się ściemniać, a my mamy przed sobą jeszcze drugie tyle trasy. Szczęśliwi zauważamy, że trochę przestało padać, więc ruszamy dalej. Najpierw trochę schodzimy, aby odbić na inną dróżkę i znowu ruszamy pod górę. Tym razem nie po kamieniach, a po śliskich, wystających z gleby konarach. Co jakiś czas nachodzą kolejne fazy intensywnego deszczu, jesteśmy coraz wyżej, wokół nas unosi się mgła, jest parno, wilgotno, a my zmuszeni jesteśmy wspinać się w sztormiakach. Jesteśmy cali przemoczeni, ale nie rezygnujemy. Pojawia się jednak dodatkowa, zła wiadomość, bo cała dolina Cocory, a nie tylko zbocza, spowiły się w mgle. Widoczność na mniej więcej 10 metrów to niezbyt dobry prognostyk pod kątem możliwości podziwiania palm. Niestety sprawdziła się górska prognoza pogody miejscowych. Idziemy cały czas do przodu, choć w panujących warunkach, nie do końca nawet wiedząc gdzie.
Gdy docieramy na szczyt góry, pod
którą się wspinaliśmy, a z której w trasie powrotnej można podziwiać dolinę
Cocory w pełnej okazałości, słyszymy pogrzmiewanie i deszcz znów się nasila.
Przeczekujemy najgorszy moment i postanawiamy powoli schodzić w dół. W pewnym
momencie patrzymy w lewo i ku naszemu zaskoczeniu (bo już powoli oswajaliśmy
się z myślą, że te całe palmy to jakiś straszny niewypał) widzimy całą masę
palm! Problem w tym, że widzimy jedynie ich zarys – mgła ciągle skutecznie
uniemożliwia zobaczenie ich w pełnej krasie. Pro forma robimy fotki – na
wypadek, gdyby tyle nam zostało z pragnienia zobaczenia woskowych palm.
Mgłę podziwialiśmy jeszcze przez jakąś godzinę, godząc się z myślą, że nasza wspinaczka zakończy się nie-widokiem palm, ale nagle nastąpił przełom. Im byliśmy niżej, tym bardziej z doliny usuwała się biała pokrywa. Pogoda znów zaczęła się zmieniać, a naszym oczom ukazywały się przebłyski niebieskiego nieba. Po jakichś pięciu czy sześciu godzinach od rozpoczęcia spaceru zobaczyliśmy to, po co przyjechaliśmy i co można zobaczyć po wpisaniu „cocora valley” w google. Calutką dolinę wraz z jej zboczami porośniętymi imponującymi palmami woskowymi, których wysokość dochodzi aż do 60 metrów. Mają o tyle charakterystyczny kształt, że są bardzo wysokie, bardzo cienkie, a dopiero na samym ich końcu znajduje się korona. Co ciekawe, palmy wyglądają na wiotkie, lecz mocne wiatry, które wieją w Cocorze, nie są im straszne. Niemalże jak nam były niestraszne wszelkie trudności, którym musieliśmy sprostać tego dnia. Śpiewaliśmy z radości! Dziś oprócz zdjęć zapraszamy też do obejrzenia krótkiego filmiku z wyprawy do palm woskowych.
Komentarze
Prześlij komentarz