Zimowy city break: propozycje

Jako że mamy przed sobą ostatnie cztery weekendy zimy (przynajmniej tej kalendarzowej), a przy okazji mniej więcej tyle samo do Wielkanocy, powracamy do Was z trzema wypróbowanymi (przez Martę i jej siostrę) propozycjami na zimowy city break. Jasne, zimą wcześnie robi się ciemno, pogoda nie rozpieszcza, ale z drugiej strony wyjazdy o tej porze roku i tak mają swój urok.

Pierwsza z propozycji to Londyn, czyli jedna z topowych europejskich stolic w naszym rankingu. Nie zdziwcie się, jeśli w zimowym Londynie będziecie czuć się jak kwiatek przy kożuchu albo raczej kożuch przy kwiatku, a wszystko przez kompletnie odmienne odczucia termiczne londyńczyków. W połowie stycznia, gdy pogoda szalała na zmianę siekąc deszczem i wiatrem albo pokazując słońce, a my szczelnie otulałyśmy się szalikami, na ulicach mijali nas mężczyźni ubrani jedynie w garnitury. Jedna z pasażerek metra do garsonki nie założyła żadnych rajstop ani pończoch, tak jakby na zewnątrz na stałe zadomowiła się wiosna. Jak się okazuje, nasze spostrzeżenia nie były odosobnione, o czym przekonałyśmy się, zaglądając do sklepu z pamiątkami gdzieś w okolicach Trafalgar Square. Rozglądając się wokół, zauważyłyśmy ilustrowaną książeczkę, opowiadającą o tym jak poznać turystę na ulicach Londynu i wiecie co? Na pierwszej stronie znajdował się obrazek, na którym ukazana została kolejka chętnych do wejścia do klubu, czekających na wpuszczenie przez dwóch ochroniarzy. Typowa scenka rodzajowa, w zimowej scenerii prószącego śniegu wszyscy w tej kolejce ubrani byli w bikini (tak, to Brytyjczycy) i dwóch obcokrajowców w puchowych kurtkach, szalikach i wielkich czapach (tak, to my). Jasne, obrazek delikatnie przerysowany, ale to, co najważniejsze, uchwycił w punkt.

My spędziłyśmy w Londynie trzy dni i zdążyłyśmy zobaczyć jego niewielką część, wielką i tak jak na taki czas. Po przylocie przetransportowałyśmy się z lotniska w okolice Baker Street. Ryanairem dolecicie na lotnisko Londyn Stansted, skąd dostępne są busiki jadące do miasta. My korzystałyśmy z easyBus, którym można dojechać do przystanków: London Liverpool Street, London Victoria, Stratford i  London Baker Street. My wybrałyśmy ten ostatni. Podróż busem trwa około godziny, więc można złapać drzemkę. Po wyjściu z busa, w pobliskiej kawiarni wypiłyśmy kawę, zerkając w stronę Muzeum Sherloka Holmesa. Ruszyłyśmy jednak z kabinówkami dalej, jadąc metrem na peron 9 i 3/4. Ten z kolei znajduje się na King's Cross Station. Ze stacji Baker Street do stacji King's Cross kursują trzy linie metra: Circle, Hammersmith & City i Metropolitan. Na miejscu, w hali stacji bez trudu znajdziecie stojące z boku osoby, nadzorujące robienie zdjęć i oferujące szaliki poszczególnych domów Szkoły Magii i Czarodziejstwa. My oczywiście wybrałyśmy Gryffindor. Tuż obok możecie też zaopatrzyć się w fasolki wszystkich smaków i inne gadżety kojarzące się z Harrym Potterem. Tego samego dnia ruszyłyśmy też na Oxford Street, do Muzeum Historii Naturalnej, Muzeum M&M'sów i dzielnicy chińskiej. Przy okazji zajrzałyśmy na Piccadilly Circus, a na koniec odwiedziłyśmy National Portrait Gallery. Drugi dzień rozpoczęłyśmy od spaceru w okolice Buckingham Palace, Westminsteru, Big Bena i London Eye, później zwiedziłyśmy Katedrę św. Pawła i Muzeum Londynu, które znajduje się przy samym City. Po krótkiej przerwie na obiad pojechałyśmy metrem na drugą stronę Tamizy, aby przejść się po London Bridge, a dzień skończyłyśmy, zaglądając do typowego brytyjskiego pubu. Trzeciego dnia kręciłyśmy się po Kensington Gardens - nie miałyśmy zbyt wiele czasu z uwagi na lot powrotny do Warszawy.
Nie mogłyśmy jednak opuścić Londynu, nie próbując fish&chips. Poszłyśmy więc do knajpki przy Baker Street, tuż obok przystanku, na który przyjechałyśmy z lotniska. Miałyśmy się już zbierać na autobus, więc ubrałyśmy się, wyjęłyśmy bilety i nagle naszym oczom ukazała się godzina odjazdu. Okazało się, że przegapiłyśmy busa na lotnisko. Tyle że przecież siedziałyśmy przy samym przystanku, więc widziałybyśmy odjeżdżający autobus, co jednak się nie stało. Druga sprawa, która się okazała, że kurs powrotny co prawda jest z przystanku nazwanego 'Baker Street', ale położonego całkowicie gdzieś indziej. Byłyśmy przekonane, że już po nas, ale podjęłyśmy decyzję, że poszukamy przystanku i spróbujemy dostać się na lotnisko kolejnym kursem. Pytanie tylko czy kierowca nam na to pozwoli, skoro miejsca w busie są numerowane i niewykluczone, że przejazd będzie obłożony w stu procentach. Nie uwierzycie, ale w busie były dwa miejsca wolne, a bilet na kurs o danej godzinie zezwala na przejazd kursem o jeden wcześniejszym albo późniejszym pod warunkiem, że są wolne miejsca. Szczęśliwe dojechałyśmy na lotnisko i wyruszyłyśmy w drogę powrotną.
Druga z propozycji to Berlin, który odwiedziłyśmy w połowie lutego. Na miejsce dostałyśmy się nocnym kursem Lux Expressu. Nocleg wybrałyśmy w, jak się okazało, rewelacyjnej lokalizacji przy samej stacji Berlin-Charlottenburg, przez który przejeżdża cała masa pociągów i S-Bahnów. W niedalekiej odległości znajdował się również dworzec autobusowy, na który przyjechałyśmy z Warszawy. Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od gmachu Parlamentu Rzeszy, później spacerem przeszłyśmy się do Bramy Brandenburskiej, dalej ulicą Unter den Linden do Uniwersytetu Humboldta, Kościoła św. Jadwigi, Panteonu i na końcu Katedry Berlińskiej. Po krótkiej przerwie na rozgrzewającą herbatę, poszłyśmy na plac z Wieżą Telewizyjną, Czerwonym Ratuszem i Kościołem Mariackim. Zaraz za nim znajduje się Alexanderplatz.
Drugiego dnia podjechałyśmy autobusem do Pałacu Charlottenburg, który naprawdę nas zachwycił. Oba skrzydła pałacu - letnie i zimowe, w doskonały sposób pasowały do pór roku, podczas których miały być zamieszkane. Dodatkowo Pałac otoczony jest rozległym parkiem, zachęcającym do spacerów. Po zwiedzaniu Pałacu podjęłyśmy próbę odnalezienia Pałacu Prezydenckiego Bellevue i nie uwierzycie, ale nikt nie miał pojęcia gdzie on się znajduje, pomimo że byłyśmy na jego tyłach. W końcu jednak udało nam się dotrzeć do frontu, zrobić kilka fotek i wsiąść do autobusu, który przewiózł nas obok Kolumny Zwycięstwa do Dworca Zoo (w tym miejscu pozdrawiam tych, którzy będąc jeszcze w podstawówce przeczytali My, dzieci z Dworca Zoo i jeszcze jako dzieci dowiedzieli się o brutalności tego świata).
Z Dworca Zoo planowałyśmy dostać się do pozostałości muru berlińskiego i nagle w hali dworca zauważyłyśmy kasowniki biletowe. Nigdzie wcześniej ich nie było, więc jeździłyśmy z nieaktywowanymi kartami, na których załadowałyśmy bilety. Chwilę się zawahałyśmy czy w ogóle warto to robić, skoro do tej pory nikt tego nie skontrolował, ale skasowałyśmy bilety, wsiadłyśmy w pociąg, w którym był... kanar. Czas spędzony przy fragmentach muru berlińskiego trwa dość długo, można spacerować, robić zdjęcia, wokół jest wiele młodzieży, a wszystko to nad Szprewą w miłym otoczeniu. W zasadzie dopiero o zachodzie słońca postanowiłyśmy ruszyć dalej, do Checkpoint Charlie, czyli jednego z najbardziej popularnych przejść pomiędzy wschodnim i zachodnim Berlinem w czasach zimnej wojny.

Trzeci dzień postanowiłyśmy spędzić w Poczdamie. Ze stacji Berlin-Charlottenburg miałyśmy bezpośredni pociąg, który jechał około 45 minut. W samym Poczdamie warto zobaczyć Kościół ewangelicki św. Mikołaja, Stary Ratusz, obecną siedzibę rady miejskiej i dawne bramy. Największą atrakcją jest jednak kompleks pałacowo-parkowy Sanssouci razem z nowym pałacem. W Poczdamie pogoda była iście wiosenna, więc sprzyjała wszelkim aktywnościom na świeżym powietrzu. Po powrocie z Poczdamu udałyśmy się jeszcze do Muzeum Currywurst na typową niemiecką kiełbaskę z curry.

Ostatnia nasza propozycja to Oslo, odwiedzone przez nas w ostatnich dniach stycznia. Miasto, które budzi skrajnie różne emocje, często jednak negatywne. Tym razem nocowałyśmy w ramach couch surfingu u pewnej sympatycznej Polki. Wszyscy powtarzają, że tam drogo i rzeczywiście tak jest, dlatego my poruszałyśmy się po nim głównie na piechotę i zabrałyśmy z domu jedzenie na śniadania i obiady tak, aby nie kupować go na miejscu. W trakcie zwiedzania kupowałyśmy tylko miejscowe tradycyjne bułeczki cynamonowe i popijałyśmy je rozgrzewającą kawą. Dodatkowo po Oslo poruszałyśmy się wyłącznie na piechotę, też ze względu na to, że bilet dobowy kosztował 90 zł od osoby, ale i dzięki temu, że miejsce naszego noclegu było na tyle blisko, że mogłyśmy sobie na to pozwolić.

Lotnisko Oslo Torp położone jest dość daleko od samego Oslo, ale funkcjonuje na nim wielu polskich przewoźników (np. Polbus), z którymi można nawiązać kontakt jeszcze z Polski. Zwiedzanie Oslo rozpoczęłyśmy od jego nowej i nowoczesnej części, stanowiącej zagłębie biurowe. Początkowo myślałyśmy, że jest to właśnie klimat Oslo i dlatego też nie dziwiłyśmy się negatywnym opiniom na temat tego miasta. O ile nie było tam brzydko, to po prostu bezosobowo. Nie dało się poczuć żadnego konkretnego klimatu Oslo. Tego samego dnia znalazłyśmy się w budynku Opery Narodowej, który też nie przypomina klasycznych i tradycyjnych budynków oper, które zazwyczaj się spotyka. Mimo wszystko, jest on położony tuż nad fiordem Oslofjord, dzięki czemu całość prezentuje się całkiem malowniczo, a spacer brzegiem fiordu zaprowadzi Was do Aker Brygge, czyli bardzo modnej dzielnicy wypełnionej popularnymi restauracjami. Po drodze miniecie również twierdzę Akershus.

I na tym w zasadzie nowoczesne Oslo się kończy. Kierując się z Aker Brygge w stronę starówki, miniecie Ratusz, który można bezpłatnie zwiedzić w środku. Pomiędzy Ratuszem a Parkiem Studenterlunden znajduje się kilka fajnie zaopatrzonych sklepów z pamiątkami. We wspomnianym Parku znajdziecie Teatr Narodowy, a zimą ogromne lodowisko, nad którym porozwieszane są na gałęziach drzew małe lampioniki. Park sąsiaduje bezpośrednio z głównym deptakiem miasta, czyli Karl Johans gate. Gdy się ściemnia, widok Parku wraz z otaczającymi zabudowaniami, lodowiskiem, wygląda jak wyjęty z pięknej, starej pocztówki. Pierwszego dnia przeszłyśmy się po głównym deptaku właściwie już po zmroku, więc wróciłyśmy na niego kolejnego dnia.

Drugi dzień zaczęłyśmy przy dworcu Oslo Stortinget Stasjon. Stamtąd poszłyśmy w stronę Katedry, a dalej na osiedle małych kolorowych domków. Jako że tego dnia sypał śnieg, otoczenie stało się jeszcze piękniejsze. Dalej skierowałyśmy się w stronę Parku Vigelanda, w którym znajduje się 212 rzeźb jednego z norweskich rzeźbiarzy. Robiąc dość spore kółko, w okolice starówki można wrócić drogą prowadzącą do Pałacu Prezydenckiego, przy którym zaczyna się Karl Johans gate, ciągnąca się aż do dworca Oslo Stortinget. 

Jak widzicie, ostatnia z naszych podróży była najmniej napięta, ale z drugiej strony Oslo jest miastem, które umożliwia swobodne, beztroskie spacerowanie po nim bez specjalnego napięcia, że i tak nie zdąży zobaczyć się chociaż połowy tego, co warto. Obsypane śniegiem miało swój niepowtarzalny, zimowy, lekko bajkowy klimat. Plusem jest też to, że naprawdę można polecieć do Oslo na weekend, bez konieczności brania dodatkowego dnia wolnego. Nasz lot powrotny był wczesnym rankiem w poniedziałek, więc można jedynie zgłosić szefowi, że będzie się trochę później, ale nie trzeba brać pełnego dnia urlopu. W dwóch pierwszych propozycjach trzy dni to absolutne minimum. Wszystkie podróże udało nam się natomiast zamknąć w 500 zł/os.
Z najpopularniejszych kierunków na city break na wyciągnięcie ręki są: Praga, Lwów, Wilno, Wiedeń, Bratysława, Budapeszt. Plusem jest to, że do większości z nich można dostać się samochodem lub autobusem, jeśli kłopotu nie sprawiają Wam dłuższe nocne przejazdy. W praktyce najczęściej zdarza się, że loty są wcześnie rano, więc niezależnie od opcji i tak jest sę totalnie niewyspanym w dniu przyjazdu. Plusem autobusów jest też to, że najczęściej dowożą do ścisłego centrum, a tanie loty są na lotniska oddalone od miasta. Wygodniejszą opcją jest wypad gdzieś w Polskę, np. do Wrocławia, Krakowia lub Poznania. Czasem mamy wrażenie, że weekednowych opcji w Polsce jest jeszcze więcej niż tych z puli 'za granicę'. A Wy gdzie lubicie urywać się na swoje city breaki?

Komentarze

Popularne posty