O magicznym wschodzie
Słońca ostatnio u nas jak na lekarstwo, więc doładowujemy baterie, oglądając zdjęcia z najbardziej magicznego wschodu, jaki zdarzyło nam się zobaczyć. Będąc w Indonezji, postanowiliśmy spróbować niepróbowanego. Zamówiliśmy podwózkę i udaliśmy się na Bromo. Nikt nie wie gdzie i czym Bromo jest, tak samo i my nie wiedzieliśmy, ale wystarczyło jedno zdjęcie, żebyśmy zapragnęli się przy nim znaleźć.
Bromo to wulkan położony na wschodzie Jawy, w pobliżu miasta Surabaya. Miasto samo w sobie nie oferuje żadnych highlightów poza Muzeum Dom Sampoerna, czyli muzeum i fabryką papierosów, które w Indonezji są bardzo popularne i zupełnie inne niż znane nam, ludziom Zachodu. Przede wszystkim papierosy te nie śmierdzą, dlatego że nie zawierają niemal żadnych dodatkowych składników poza tytoniem. Jak się domyślacie, dzięki temu mają mniej szkodliwy wpływ na zdrowie, skoro nie ma w nich żadnych substancji smolistych. Skutkuje to głównie tym, że gasną, gdy palący się nimi nie zaciąga. Do wielu z nich dodawane są goździki, dlatego przypisuje się im działanie wspomagające leczenie astmy. Sampoerna to nic innego jak jeden z największych i najstarszych producentów papierosów w Indonezji, który rozpoczął działalność w 1913 roku. W Muzeum można zobaczyć także halę produkcyjną, objętą zakazem fotografowania, ale jak widzicie, zdjęcie da się zrobić. Surabaya to także miasto, w którym można pysznie zjeść na ulicy "narodowe indonezyjskie danie", czyli nasi goreng ayam, będące niczym innym jak kurczakiem z ryżem.
Wyprawa na Bromo zaczyna się o północy. Właściwie wschód słońca na Bromo oznacza, że podziwia się wulkan w świetle wschodzącego słońca z perspektywy pobliskiego szczytu Penanjakan. Sam wulkan jest położony na terenie Parku Narodowego Bromo-Tengger-Semeru, niekwestionowanie jednego z najpopularniejszych parków narodowych w Indonezji, który co roku przyciąga rzesze turystów. Nasze doświadczenie pokazuje, że wschód słońca na Bromo jest ogromną atrakcją także dla samych miejscowych, których wraz z nami na szczycie Penanjakan było wielu.
Transport z Surabayi w okolice wulkanu można namierzyć jeszcze z Polski na etapie planowania podróży. Tak zrobiliśmy też my. Nawiązaliśmy kontakt mailowy z lokalnym przewoźnikiem i umówiliśmy się na konkretny termin. Jeśli będziecie zainteresowani, wyszukajcie w Google oferty przewoźników po hasłach typu 'Surabaya Bromo', 'Bromo trip' etc. Organizacja wygląda tak, że w nocy pod hotel podjeżdża auto, które zabiera w okolice Ngadisari, czyli na teren Parku, ale nie na sam szczyt. Podróż trwa około 3-4 godziny. My staraliśmy się w samochodzie spać najwięcej, jak tylko możliwe, żeby dotrwać do wschodu słońca.
Gdy około 4 nad ranem znaleźliśmy się w Ngadisari, nastąpiła przesiadka do jeepa. Penanjakan ma 2770 m n.p.m., więc mógłby pokonać zwykłe auto. Nie wspięliśmy się też na niego o własnych siłach, bo zajęłoby to nam całą noc, a my o wschodzie bylibyśmy nieżywi. Przejażdżka jeepem to prawdziwy hit i jedno z najlepszych przeżyć w trakcie całej podróży, szczególnie jeśli trafi się na kierowcę w stylu rasowej maliny. Nasz wyprzedzał wszystkie inne jeepy, dzięki czemu byliśmy jednymi z pierwszych na szczycie.
Droga na Penanjakan jest wąska i kręta, otoczona tropikalną roślinnością, oświetlona tylko dzięki księżycowi, który świeci niemal pionowo nad ziemią. Na skórze czuliśmy dreszcze, gdy silnik wył, auto warczało i jechało pod górę w ciemność. W pewnym momencie krajobraz zmienił się o 180 stopni, zaczął się offroad na wulkanicznej pustyni. Zza okien widać było tylko tumany unoszącego się kurzu. Byliśmy coraz bliżej.
Gdy wysiedliśmy z jeepa temperatura sięgała dziesięciu stopni na plusie. Zaplanowana wyprawa zmusiła nas do wożenia przez całą podróż kurtek, czapek i rękawiczek. Mieliśmy na sobie kilka warstw, a i tak odczuwaliśmy chłód, szczególnie Piotrek, który zostawił ciepłą bluzę w pociągu w jednym z pierwszych dni wyjazdu. Tuliliśmy się więc do siebie mocno, szczególnie że zdążyliśmy przyzwyczaić się już do ciągłego upału. Gdybyście zapomnieli zabrać ciepłych ubrań do Indonezji, a pragnęli znaleźć się na Bromo - bez obaw. Po opuszczeniu jeepa zostaniecie otoczeni przez sprzedawców zimowych kurtek. Do wyboru, do koloru, z futerkiem, bez futerka, jakich tylko zapragniecie. Dla rozgrzania się można kupić też gorące napoje, zupki w proszku i inne przekąski.
My jednak pędziliśmy prosto na szczyt. Od miejsca, w którym zostawił nas jeep, jest to zaledwie kilka minut drogi wiodącej przez budki sprzedawców. Dzięki temu, że nasz kierowca lubił zaszaleć na trasie, staliśmy przy samej barierce. Początkowo nie towarzyszyło nam wiele osób, ale z każdą minutą chętnych przybywało coraz więcej. Indonezyjczycy schodzili się całymi rodzinami. Czekaliśmy, przestępując z nogi na nogę.
W pewnym momencie z lewej strony zauważyliśmy jaśniejszą smugę nad horyzontem. Powoli zaczynało świtać. Początkowo nie widzieliśmy nawet gdzie dokładnie znajduje się Bromo, był całkowicie ukryty w ciemności, ale po kilkunastu minutach, gdy jasna smuga robiła się coraz szersza, naszym oczom zaczął ukazywać się krater wulkanu, który był wprost przed nami. Widok zachwyca i jest to jedna z chwil, której nie da się zapomnieć. Szaleliśmy z aparatami.
Po świcie ruszyliśmy do budek z napojami, żeby wypić gorącą herbatę i się rozgrzać. Byliśmy zmarznięci, oczy zaczęły się kleić, ale to nie koniec atrakcji. Po obejrzeniu wschodu ze szczytu Penanjakan wsiedliśmy do jeepa i wróciliśmy na pustynię, którą mijaliśmy w nocy. Tam wszyscy zatrzymują się i ruszamy przez "Morze Piasku", aby dostać się do samego krateru. Odległość jest całkiem spora, czeka nas też wspinaczka po schodach. Po drodze zaczepiają nas miejscowi, chętni, by zapozować do wspólnego zdjęcia. Gdy jesteśmy na górze, z wulkanu wydobywa się huk i dym, w powietrzu czuć zapach siarki.
Po powrocie do jeepa zjeżdżamy na dół do samochodu, którym przyjechaliśmy z Surabayi i wyruszamy w podróż powrotną. Na miejscu jesteśmy około 14. Kierowca ledwo jest w stanie nas dobudzić pod hotelem, resztę dnia twardo przesypiamy. Cała wyprawa na Bromo to koszt 650 000 rupii, czyli mniej więcej 170 zł od osoby, w rzeczywistości warta niemal każdych pieniędzy.



Komentarze
Prześlij komentarz